• Gosia Harasimowicz

Apulijskie powietrze

Apulijskie powietrze to wpis o pierwszym dniu spędzonym na obcasie kontynentu Apenińskiego, w którym Gosia przeżyła tzw. coup de foudre - zakochała się. W Apulii. W jej kolorach, smakach i tym cudownym, gorącym, powietrzu.

Lato 2017. Wydaje się, że minęły tylko trzy lata, a jednak trochę się zmieniło. W kwestii technologii, nawet dość sporo. Dzisiaj z telefonem w ręku jesteśmy w stanie prawie odpalić rakietę, ale pamiętam, że tego lata, mój stary Samsung nie zdawał sobie nawet sprawy, kiedy włączałam roaming. Tak też, po kilku miesiącach przemyśleń, zastanowienia i szukania mieszkania we Włoszech znajduję się na lotnisku im. Karola Wojtyły w Bari, z dwoma walizkami, plecakiem i ukochanym Samsungiem którego mogłam równie dobrze wyrzucić już do śmieci, bo nie odbierał i nie wznawiał połączeń i smsów. Moim łamanym wtedy włoskim, pytam o drogę - uśmiechnięta i bardzo sympatyczna Pani w okienku na lotnisku mówi, że aby dostać się do centrum mam kupić biglietto (pl. bilet) za 5 euro i wziąć treno (pl. pociąg). Ok. No to idę, przestraszona i świadoma tego, że wylądowałam później, treno się spóźnia, a ja klucze od mieszkania, które swoją drogą nie mam pojęcia, gdzie jest, miałam odebrać godzinę temu. W końcu przyjechał. Treno. W środku nawet klimatyzacja, uff. Po 25 minutach drogi, przyglądając się z okna niekończącym się polom oliwek i rosnącym dziko kaktusom, docieram do stacji głównej Stazione Centrale Bari i pierwsze co widzę po wyjściu z pociągu, to palmy. Widzę palmy i czuję żar (tego lata temperatury były wyjątkowo wysokie - sięgały 40 stopni). Zaczepiam pierwszego przechodnia trzymającego w ręku telefon i pytam, gdzie jest wskazana przez właścicieli mieszkania wcześniej via (pl. ulica), a on odpowiada, że nie wie. Zdesperowana (i spocona), nalegam więc, aby odpalił telefon i sprawdził. Chyba lekko zaskoczony moją natarczywością, ale wciąż uprzejmy Włoch, otwiera mapę w telefonie i okazuje się, że mieszkanie znajduje się blisko dworca. Tak więc biorę walizki i w drogę. Z jednej strony czuję podekscytowanie, a z drugiej zaczyna brakować mi już nadziei, że ktoś w tym mieszkaniu będzie w ogóle jeszcze na mnie czekał.

Powitanie i torta al limone


Ku mojemu zdziwieniu, drzwi otwiera starsza pani ok. 60ki, blondynka, uśmiechnięta. Ton jej głosu jest zdecydowanie wyższy niż ten do którego przyzwyczajeni jesteśmy w Polsce. Oprowadza mnie po mieszkaniu mówiąc (krzycząc) jak obsługiwać stary piekarnik i jeszcze starszą pralkę franię. Coś tam rozumiem, ale raczej przytakuję, żeby mieć tę część już za sobą. Przedstawia mi też moją przyszłą współlokatorkę, która zaraz po wyjściu właścicielki pyta mnie, czy mam ochotę na torta al limone i czy ci prendiamo un caffé (pl. napijemy się kawy?). Mile zaskoczona gościnnością mojej pierwszej włoskiej koleżanki, oczywiście akceptuję z uśmiechem, a ona wyciąga zimniutką tartę cytrynową z lodówki, zaparza kawę w najbardziej możliwy włoski sposób - w starej (tak, w tym mieszkaniu wszystko było stare), sczerniałej zaparzarce Bialetti i tak o to siadamy sobie przy stole w kuchni i popijając gorące espresso facciamo una chiacchierata (pl. gawędzimy sobie). Okazuje się, że moja współlokatorka uczęszcza do szkoły muzycznej, a ja przez następne dwa miesiące upalną popołudniową siestę spędzać będę słuchając jej uroczej gry na pianinie.


Chcę więcej


Wchodzę do swojego przestronnego i słonecznego pokoju i pierwsze co widzę to wielkie okna z widokiem na piazza (pl. plac). Piazza na którym pod wysokimi palmami toczy się prawdziwie włoskie życie. Widać ładnie ubranych w białe koszule gestykulujących Włochów i słychać głośne rozmowy Włoszek. Jakiś signore (pl. pan) siedzi na ławce czytając La Gazzetta del Mezzogiorno (jedna z najważniejszych gazet południowych Włoch). Zaraz obok widać całującą się parę. Zbliża się wieczór, a temperatura nie spada.

Tamtego dnia, nie wiem jeszcze, że to co widzę, to niezła wskazówka i poniekąd streszczenie włoskiego dolce vita, które będę później jeszcze długo próbowała poznać i zrozumieć.

Wiem natomiast, że obraz ten, w połączeniu z przyjemnie gorącym apulijskim powietrzem działa na mnie wyjątkowo dobrze i zaczynam powoli zdawać sobie sprawę, że Włochy nie pozwolą mi tak prędko siebie opuścić, bo ja już w tym momencie... chcę więcej.

Autor tekstu: Gosia Harasimowicz

138 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie